Statystyki
News: 1449 | Recenzje: 765
Wywiady: 118 | Relacje: 56
Artykuły: 17 | Galerie: 39
Nowe wywiady

Exorcist - Powrót legendy
Vesania - "Jest jakieś przyciąganie między nami"
Doomster Reich - "Heavy doom, psychodelia oraz substancje psychoaktywne"
THAW: "Uśmiecham się widząc zdjęcia płonących kościołów..."
Lostbone - "Porusza nas to, co widzimy dookoła"
Nowe relacje

23.11.2014 - Mr Pollack
Sharing the Devil Tour 2014
05.10.2014 TSA
28.09.2014 - Turbo
18.09.2014 - Blitzkrieg VII
Biały pomaga Artiemu
Mini Merciless East Fest. II
10.05.2014 Adventvs Tour
Promujemy
Patronujemy

24.10.-20.12.2014 - Hybris

23.01.2015 - Epica + Dragonforce

6-7.02.2015 - Heavy Metal Night V

14.03.2015 - Sadistic Festival II

Death - Narodziny i zmierzch legendy

Ten dzień pamiętam doskonale, jakby był wczoraj. Tę wiadomość niemal słyszę jeszcze w uszach. To z audycji „Metal Hammer Show” w Polskim Radiu Białystok dowiedziałem się, że Chuck Schuldiner z Death zmarł. Było to w niedzielę szesnastego grudnia roku 2001, czyli trzy dni po fakcie. Moja reakcja na tę wiadomość była bardzo spontaniczna i zaskoczyła mnie samego. Duży chłop a beczy, bo umarł jakiś obcy facet gdzieś za oceanem. Tak, uroniłem łezkę i wcale się tego nie wstydzę, a Chuck Schuldiner nie był mi obcy dzięki swojej muzyce i niezwykłym tekstom. Ta muzyka miała znaczący wpływ na rozwój mojej muzycznej świadomości w wieku nastoletnim i na długie lata wykształtowała we mnie pewną wrażliwość oraz inne spojrzenie na muzykę. To było coś magicznego...

Grupa Death była jedną z tych grup, które można śmiało uznać za ikony i opoki muzycznej sceny metalowej. Towarzysząca zespołowi otoczka legendy i szczególnej wyjątkowości sprawia, że obcowanie z jej muzyką jest do dziś czymś szczególnym. Większość miłośników muzyki metalowej zna i szanuje twórczość zespołu nawet, jeśli nie są oni zbyt wielkimi fanami death metalu, gdyż muzyka grupy łączy w sobie elementy wielu nurtów i nie można jej jednoznacznie określić i zamknąć w konkretne ramy, choć jednak zawsze oscylowała wokół death metalu i do niego jest głównie zaliczana. Historia zespołu jest długa i bardzo burzliwa, bogata w zaskakujące zwroty wydarzeń, przez które przewinęło się wiele mniej lub bardziej istotnych dla zespołu postaci. Najważniejszą jednak postacią jego twórca, czyli Chuck Schuldiner, a właściwie Charles Michael Schuldiner.

Jako małolat (dokładniej to chyba piętnastolatek), Chuck był wielkim fanem Venom i Mercyful Fate. Zafascynowany ich muzyką postanowił stworzyć własny zespół. Nazwał go Mantas, by oddać hołd jednemu z muzyków Venom. Był to rok 1983. W pierwszym składzie spotkali się koledzy ze szkoły Chucka - Kam Lee – śpiewający perkusista, oraz obsługujący drugą gitarę – Rick Rozz (obaj spotkali się później w zespole Massacre). Granie układało się chłopakom całkiem nieźle i sprawnie, więc postanowili nagrać swoje pierwsze demo, które zatytułowali „Death by metal”. W metalowym światku szybko rozeszła się fama o nowym objawieniu metalowej sceny. Grupa Mantas stała się razem z innymi: Possessed i Hellhammer (później Celtic Frost) wyznacznikiem nowego stylu w metalu. Był to styl najszybszy i najbrutalniejszy ze wszystkich znanych dotychczas. Ten styl został nazwany death metalem. Oczywiście na początku była to dość prosta muzyka, zupełnie inna od tej, którą Death grało kilka lat później. Ta muzyka miała surowe, jakby niedopracowane brzmienie. Późniejsza twórczość zespołu, to już progresywny death metal, bardzo zaawansowany technicznie, dużo bardziej skomplikowany, nazywany często jazz metalem. No ale powróćmy znowu do wcześniejszych czasów...

Po wydaniu „Death by metal”, następnymi demówkami Death były: „Reign of terror”, wydana w 1984, „Infernal death” z 1985 oraz pochodząca z 1986 roku „Mutilation”. Po kilku latach grania, wydaniu kilku demówek i zyskaniu dość silnej pozycji w metalowym podziemiu, ale nie tylko, przyszła wreszcie pora na wydanie pierwszej, pełnometrażowej płyty. Taka szansa pojawiła się w 1987 roku i zespół świetnie tę szansę wykorzystał, nagrywając swój debiut zatytułowany „Scream bloody gore”. Tytuł tej płyty jest niejako „hołdem” złożonym pewnej pani polityk, która prowadziła zakrojoną na wielką skalę kampanię przeciwko demoralizującemu wpływowi muzyki metalowej na niewinne społeczeństwo. Wprowadziła znane, charakterystyczne nalepki informujące o „złej” zawartości płyt metalowych. Jeśli sięgniemy do zawartości płyty, to była ona wyrazem fascynacji Chuck’a horrorami. No i tak oto mamy wspaniałe „hymny” o trupach i innych takich. Muzyka była równie ohydna, co teksty, czyli szybka, brutalna i bardzo agresywna. Również wokal doskonale pasował do tego stylu. Wokalami zajął się Chuck i zrobił coś, co na wiele lat stało się wyznacznikiem stylu śpiewania w tego rodzaju muzyce. Oprócz Chucka, w nagraniu płyty udział wzięli: John Hand, obsługujący drugą gitarę oraz perkusista Chris Reifert. Chuck oprócz gry na gitarze i wokalu, zajął się również partiami basu.

Po nagraniu tej płyty, całkowicie zmienił się skład Death. Do grupy powrócił Rick Rozz, a z nim basista Terry Butler i perkusista Bill Andrews. W tym składzie panowie nagrali drugą płytę pod szyldem Death. „Leprosy”, bo taki jest jej tytuł, była wielkim krokiem naprzód. Od razu słychać wielki postęp w tej muzyce. Lepsze jest niemal wszystko, od umiejętności instrumentalnych i kompozytorskich, po brzmienie, które stało się jeszcze cięższe i brutalniejsze, ale też i bardziej czytelne. Płyta zyskała jeszcze większe uznanie niż debiut i do dnia dzisiejszego jest uważana za jedno z najwspanialszych dzieł klasycznego death metalu. Tematyka tekstów również uległa pewnemu rozwinięciu i postępowi. Tutaj już nie ma banalnych opowiastek o truposzach, ale za to da się zauważyć zaczątki filozoficznego podejścia Chucka do swojego pisarstwa, które tak wspaniale eksplodowało na kolejnych wydawnictwach.

No i znowu po wydaniu tej płyty, niewielkiej zmianie uległ skład kapeli. Ponownie odszedł Rick Rozz, a jego miejsce zajął niejaki James Murphy, którego gra na gitarze przybierała iście wirtuozerskich kształtów. Już z Murphym na pokładzie Death wydał w 1990 roku kolejne arcydzieło, zatytułowane „Spiritual healing”, które ja uważam za najlepsze. Znów słychać w tej muzyce ogromny postęp i rozwój. Dzięki gitarze nowego członka zespołu, niektóre fragmenty płyty brzmią niemal jazzowo. Zakręcone riffy i solówki oraz skomplikowana budowa utworów robią ogromne wrażenie. Dzięki tej płycie, Death stał się najlepszym zespołem grającym taką muzykę. Niestety, genialny album nie uchronił Chucka przed kolejną zmianą w składzie jego kapeli. Odszedł Murphy, który trafił do Obituary. Na trasie koncertowej grał niemal całkowicie zmieniony skład, gdyż z grania zrezygnował nawet sam... Chuck!!! Źle się działo, ciągłe nieporozumienia i kłótnie sprawiały, że atmosfera wokół Death była napięta i niezbyt miła. Wszędzie pojawiały się negatywne opinie o Chucku. Jednak sam zainteresowany nie chciał tak łatwo się poddać. Zebrał się w sobie i postanowił, że Death będzie nadal żyło. Zaczął komponować nową muzykę i rozglądać się za odpowiednimi ludźmi, z którymi mógłby nagrać kolejną płytę. Udało mu się to, płyta została nagrana i zatytułowana „Human”. Nowymi muzykami byli: Paul Masvidal grający na gitarze i perkusista Sean Reinert (obaj z zespołu Cynic). Na basie zagrał maestro Steve DiGiorgio z Sadus. Niestety, z góry wiadomo było, że to tylko tymczasowy skład, ponieważ każdy z nowych muzyków miał własny zespół, a wydana w 1991 roku płyta „Human” była kolejnym, genialnym arcydziełem. Jeszcze bardziej zaawansowana technicznie od poprzedniczki i jeszcze bardziej jazzowa. Tematycznie nowa płyta jest już na wskroś przepełniona filozoficznymi rozmyślaniami o ludzkości i otaczającym świecie.

Niestety po nagraniu płyty i zagraniu trasy, znów nastąpiły roszady w składzie. Masvidal i Reinert zajęli się swoim Cynic, a z poprzedniego składu do dyspozycji Chucka został tylko DiGiorgio. Do pełnego składu brakowało dwóch ludzi. Na szczęście udało się znaleźć odpowiednich. Stanowisko perkusisty objął Gene Hoglan z zespołu Dark Angel, a na drugiej gitarze miał grać Andy LaRocque z zespołu Kinga Diamonda, no i zagrał. W tym zestawie nagrano w 1993 roku kolejny album Death, zatytułowany „Individual Thought Patterns”. Pierwsze, co rzuca się w uszy już przy pierwszym przesłuchaniu, to niesamowita, połamana i jeszcze bardziej jazzowa struktura utworów. Każdy z muzyków to wirtuoz, więc nie było mowy o tym, by płyta była inna niż genialna. W grze każdego instrumentu słychać indywidualny styl każdego z muzyków. Przy okazji tej płyty, nagrano również drugi w karierze Death teledysk do utworu „The Philosopher” (pierwszy był do „Lack of comprehension”). „Individual...” była kolejną płytą Death, której fani słuchali „na kolanach”, ale jak to zwykle bywa, znowu doszło do zmian w składzie. Z Chuckiem został tylko Hoglan, a reszta rozeszła się do swoich macierzystych zespołów. Po wydaniu „Individual...” nastąpiła też zmiana wytwórni. Chuck podpisał nowy kontrakt z firmą Roadrunner, gdyż dotychczasowy wydawca, Relativity, przestał istnieć. Nowa płyta, dla nowej wytwórni, została wydana w 1995 roku, a jej tytuł to „Symbolic”. W jej nagraniu brali udział dwaj młodzi muzycy: Kelly Conlon (bas) i Bobby Koelble (gitara). „Symbolic” to kolejna wspaniała płyta, trochę jakby bardziej melodyjna i przystępna, jednak nadal był to ten sam, stary styl Death. Wielu ludzi uważa ten album za najlepszy w dyskografii zespołu. Naprawdę wspaniała muzyka.

Po nagraniu płyty, Death wyruszyło w trasę promującą płytę, a po powrocie z niej kapela... przestała istnieć!!! Muzycy rozeszli się znowu, Hoglan został perkusistą Testament i Chuck został sam. Doszedł do wniosku, że jest to szansa, żeby spełnić swoje marzenie sprzed kilku lat o stworzeniu zespołu grającego bardziej klasyczną odmianę heavy metalu. Udało mu się to i założył zespół Control Denied, no ale to już całkiem inna historia. Ważne jest to, że Chuck bardzo chciał nagrać coś z nowym zespołem, jednak stary nie dawał mu spokoju i nie mógł o nim zapomnieć. Wreszcie postanowił, że jednak Death jest ważniejszy i Control Denied zajmie się odrobinę później. Zajął się komponowaniem nowej muzyki, która trafiła na siódmy i niestety ostatni w dyskografii album Death, zatytułowany „The Sound Of Perseverance”. Wydany w 1998 roku album jest najbardziej jazzowym, progresywnym, ale również zawierającym sporo elementów klasycznego heavy. Wielką niespodziankę sprawił również zamieszczony na płycie cover utworu „Painkiller’ Judas Priest, który wyszedł po prostu fenomenalnie, a cała płyta jest drugą z moich najbardziej ulubionych.

Po nagraniu „The Sound...”, Chuck mógł wreszcie skupić się na komponowaniu nowej muzyki na płytę Control Denied. Wszystko układało się wspaniale i w roku 1999, światło dzienne ujrzała płyta „The Fragile Art Of Existence”. Był to kolejny udany album Chucka. Niestety w tym samym roku pojawiły się pewne problemy zdrowotne u Chucka. Pojawiły się bóle szyi i rąk. Początkowo myślano, że to ze zmęczenia, jednak dokładne badania wykazały, że Chuck ma... guza mózgu. Szybko podjęto leczenie, jednak konieczna była operacja, na którą rodzina Chucka nie miała wystarczających środków. Wtedy z pomocą przyszli fani, którzy przysyłali pieniądze, oraz zaprzyjaźnieni muzycy, którzy organizowali koncerty na rzecz Chucka. Operacja się udała, wszyscy byli szczęśliwi, że Chuck wraca do zdrowia i jest pełen zapału do komponowania nowej muzyki na drugą płytę Control Denied. Wszystko szło ku dobremu, aż... guz mózgu powrócił! Tym razem znów pomogli fani, przysyłając pieniądze na kolejną operację. Wytwórnia płytowa, dla której nagrywał Chuck wydała dwa albumy koncertowe Death, z których dochód był przekazany na operację i leczenie. Znów operacja się udała i Chuck szybko zdrowiał. Ukończył komponować muzykę na drugi album Control Denied i w planach miał już nawet trasę koncertową. Niestety znów stan jego zdrowia uległ pogorszeniu przez zapalenie płuc. Wtedy stało się najgorsze... 13 grudnia 2001 roku, Chuck zamknął oczy po raz ostatni. Zmarł, a cały metalowy światek był w szoku. Oto odszedł WIELKI człowiek, który nigdy nie będzie zapomniany.


Autor: Atrej

Dodane przez Atrej dnia grudzień 12 2011 23:02:27 · 5 Komentarzy · 3506 Czytań · Drukuj
Komentarze
MD dnia grudzień 14 2012 14:16:29
Bardzo dobry artykuł i mocno przydatny w tym szczególnym czasie. Death to też kawałek mojego życia, chociaż siłą rzeczy poznałem ten zespół parę lat po śmierci Chucka. Do dziś pamiętam, jak pobrałem sobie (tak, nie było już pieczołowitego zgrywania demówek na kasetach czy choćby na CDr, a "usunięcie mp3 po upływie 24 godzin" brałem sobie naprawdę do serca) z jakiejś strony sampelek z "A Moment Of Clarity". Było to jakieś trzydzieści sekund riffu i samo wejście wokalu. Dosłownie powaliło mnie. Przez kilka lat chodziło za mną i po raz pierwszy usłyszałem ten numer w całości chyba dopiero po zakupie płytki. Ot, takie wspomnienia gówniarza ;) Dziś robię memoriał z Death właśnie pod wpływem tego artykułu.
Jarr dnia luty 13 2013 21:05:17
W artykule jest błąd Andy LaRocque nigdy nie grał w Mercyful Fate tylko w King Diamond!!
Atrej dnia luty 13 2013 21:37:42
No tak, nie mam pojęcia dlaczego tak wyszło, pewnie przez osobę samego Kinga, który powoduje, że wszystko wydaje się być jednym i tym samym.
metalgirl dnia czerwiec 04 2013 20:59:45
cóż mi pozostaje powiedzieć ,piękny artykuł
slavc79 dnia czerwiec 04 2013 21:59:15
Bardzo dobry tekst! Fantastyczny człowiek i muzyk. Twórca najlepszej płyty jaką spłodził ten świat - "Symbolic"!!!
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Znajdziesz nas także tu:

Nowe recenzje

Aeonsgate - Pentalpha
Obscurity - Vintar
Hooded Menace - Gloom Immemorial
Mortalicum - Tears From The Grave
Cruachan - Blood for the Blood God
Mammon - Przebłysk boskości
Deconstructing Sequence - Access Code
Nowe artykuły

Lokrycka skala modalna - najmroczniejsza skala stosowania w metalu
Cradle Of Filth, czyli metal ekstremalny
Evans - Przeszło pół wieku historii naciągów perkusyjnych
Hunter: od "Królestwa" do "Imperium"
Reklama

Metalowa prasa